sobota, 23 czerwca 2018

Pod wulkanem


Pewien sen wyśniony w wieku zbyt młodzieńczym, żeby nie miał wpływu na całe moje dorosłe życie, „ustawił” również na długie lata moje myślenie o literaturze. Bez katastrofy, najlepiej w indywidualnym, osobistym wymiarze nie było sensu w ogóle literatury zaczynać.  Mickiewicz charakter i istotę tego obciążenia pierwszorzędnie oddał w jednym z dystychów III części „Dziadów”: „Kto młody odwiedza groby/Już z nich na świat nie powróci”.  W tym przypadku działo się cokolwiek na odwrót: to groby nawiedzały mnie, niemniej skutek dla życia był ten sam.

Śnił mi się Sąd Ostateczny, niemal dosłownie według dobrze zapamiętanego w dzieciństwie  obrazu Hansa Memlinga. Niemal jeden do jeden. Z tą różnicą, że proces wszechczasów odbywał się wewnątrz ogromnej, rozbudzonej kaldery. Nie było już ziemi i nieba i wód, tylko jeden niczym nieograniczony przestwór bulgoczącej magmy. W ten oto sposób, nieświadomie powtarzając rozpoznania pierwszych teoretyków katastrof, połączyłem materialne z niematerialnym, ziemskie z metafizycznym, konkret z wiecznie żywym imaginarium.
Zdecydowałem się również przywołać tytuł najważniejszej powieści Lowry’ego w celu przesunięcia granicy dokonanego w jeszcze niedokonane. Cień wulkanicznej góry i groźba, jaka się z nią łączy, oddają zarówno napięcie między melancholią, owym „nic, które boli” Ferdynanda Pessoi (którego przypomina Marek Bieńczyk w jednym ze swoich najważniejszych esejów) i realną obawą przez kataklizmem, który może przynieść kres życiu, jak i badawczą strategię autora pierwszej polskiej antologii katastrof: oddać co prawda pierwszeństwo wydarzeniom o charakterze globalnym (w sensie zasiedlania i usidlania ludzkiej wyobraźni i pół symbolicznych), ale przy okazji dokonać kontrabandy – ujawnić to, co jednostkowe i zapomniane. Historie z bardzo odległych stron gazet. Wypadki zupełnie marginalne dla pamiętników i dzienników. Warto byłoby wejrzeć – pisze Bieńczyk – w codzienne doświadczenie nieszczęścia, w codzienne  obcowanie z zagrożeniami, zobaczyć, jak to doświadczenie było opisywane, dokumentowane, przekazywane. W sposób oczywisty codzienność, zwłaszcza ta „krajowa” dostarcza całkiem innego materiału do badań i odbiera katastrofie jej historiozoficzny wymiar.
To jest właśnie przestrzeń pod wulkanem. I jego czas. Pierwszy kosmiczny lub geologiczny kataklizm dał początek dziejom, następny przyniesie być może ostateczną zagładę. Widzi to zarówno Anioł Historii Waltera Benjamina jak i Baudelairowski flâneur. Ale pod wulkanem jest zarówno miejsce dla wydarzeń, które nie trafiają do języka i nie przeobrażają stosunków społecznych. Są wyłącznie fizycznie konkretne. Są przeciwwagą dla rojeń i przepowiedni, być może nawet sprzeciwiają się pracy melancholii lub przynajmniej na jakiś czas ją oddalają. Marek Bieńczyk solidnie argumentuje wybór strategii. „Katastrofy i wypadki w czasach romantyków”, to nie tylko pięćset stron antologii wyboru tekstów o nieszczęściach i wypadkach w XIX wieku (które zostały podzielone tematycznie: kataklizmy naturalne, wypadki morskie i oceaniczne, powodzie, pożary, epidemie, itd.), ale przede wszystkim obszerny esej wprowadzający nas do teorii katastrof. Mamy okazję przyjrzeć się emancypacji interesującego nas pojęcia, które stopniowo uwalnia się z pierwotnego, literacko-teatralnego uzusu i stale rozszerza swoje pole semantyczne, odsyła nas najpierw do spraw i wydarzeń całkiem prywatnych, potem zbiorowych, by w końcu w latach trzydziestych na stałe już opisywać klęski naturalne, tak w wymiarze geologiczno-klimatycznym jak i mitologicznym (np. potop). Możemy również prześledzić okres od narodzin dyskursu, to jest od momentu, w którym katastrofa (po tragedii w Lizbonie w 1755 roku) zaczyna funkcjonować jako przedmiot refleksji filozoficznej i historycznej, po „romantyczne wzmożenie” pierwszej połowy XIX wieku, które nie tylko przygotowuje grunt dla katastrofizmu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku a ponad pół wieku później formalizuje się w Disaster Studies, ale bierze czynny udział w tworzeniu polskiego imaginarium, w którym katastrofa czy też przeczucie katastrofy mają znaczenie pierwszorzędne. „Pamięć romantyzmu jest pamięcią katastrofy” tak pisze przywoływany przez Marka Bieńczyka Krzysztof Trybuś, autor „Topiki i pamięci”. Muszę przyznać, że ta konkluzja w bardzo subtelny ale i oczywisty dla mnie sposób komunikuje się z diagnozami Andrzeja Ledera zawartymi w „Prześnionej rewolucji”.
Kapitalne znaczenie dla całej pracy ma więc historia dyskursu katastrofologicznego, którą jeszcze w wieku XVIII zaczyna Rousseau swoją źle zaczętą historią, cieniem i horyzontem katastrofy, do której nieuchronnie zmierzają dzieje i wokół której tworzy się proces historyczny, kontynuuje zaś francuski geolog i zoolog Frédéric Cuvier, dzieląc całą historię naturalną na kilka okresów, nieciągłych, odseparowanych od siebie na skutek gwałtownych kataklizmów geologicznych.  Przerwana w wielu miejscach nić – oto czym jest historia błękitnej planety. Teorie Cuviera miały ogromny wpływ nie tylko na pisarzy europejskich pokroju Balzaca, Byrona czy Mary Shelley, odnosili się do nich również i polemizowali z nimi Mickiewicz, Domeyko, Krasiński czy Niemcewicz. Przede wszystkim jednak Wielka Katastrofa, nie dająca szans na jakąkolwiek transmisję danych, na żadne continuum miała zasadnicze znaczenie dla konstrukcji romantycznej wyobraźni. Nie zmieniły jej tak do końca ani transformacyjne idee Darwina, który nieco złagodził Cuvierowski pesymizm, ani XX wieczny racjonalizm. Widać to szczególnie w obliczu kataklizmów i klęsk, i katastrof (a także w okresie kryzysów). Tragedia smoleńska jest chyba najbardziej wyrazistym dowodem. Nowoczesne badania nad katastrofą jako „obiektem historycznym” zwracają uwagę na to, że katastrofy strukturalizują społeczeństwo, konstytuują wokół różnych tożsamościowych matryc. Marek Bieńczyk pisze, że świetle najnowszych teorii katastrofy nie można badać, póki nie zostanie wprowadzona w język, nie stanie się częścią przedstawienia. „Katastrofa istnieje dopiero wtedy, gdy zostanie ujęta w dyskurs, w symboliczne przedstawienie charakterystyczne dla danej kultury”. Możemy „Katastrofy i wypadki w czasach romantyków” czytać jako rejestr dolegliwości pierwszej połowy XIX wieku, z dystansem charakterystycznym dla osób, którym takie wypadki już się nie przydarzają, poddać się badawczej pasji twórcy antologii. Pójść jego śladami. Ale i potraktować ją bardzo poważnie: jako przewodnik po meandrach „polskiej duszy”; katastrofa ma bowiem dla niej znaczenie fundamentalne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz