wtorek, 26 czerwca 2018

Ciche rewolucje. MFSP A PART cz.2

Teatr A PART "Szkice do Króla Leara" Fot. Agnieszka Seidel-Kożuch

Im dalej od finału festiwalu, tym bardziej zacierają się poszczególne obrazy. Nie tylko szczegóły, ale i całe sceny. Próbuje uszeregować to, co zostało i zastanawiam się nad zmianą strategii w przyszłości. Jeśli bowiem zapamiętujemy to, co łączyło się z silnym przeżyciem emocjonalnym (nie wiem, czy można to nazwać zasadą ogólną, ale w moim przypadku to działa), to może warto zaufać czasowi. W kilku rozmowach, które dane mi było odbyć w przerwach między spektaklami, pojawiał się ten sam wniosek: doświadczenie (emocjonalne) jest instancją ostateczną i niepodważalną. Współczesny teatr performatywny odwołuje się przede wszystkim do obrazu i ruchu (nawet w „Smaku”, jednej z dwóch miniatur Cantabile 2, opowiedzieć siebie musieliśmy bez słów), bywa bardzo subiektywny, intymny; mamy więc – jako widzowie, a zwłaszcza recenzenci – bardzo utrudnione działanie.
„Przejrzystość pustki” – monodram Moniki Wachowicz i plenerowego „Fausta” pamiętam doskonale (zainteresowanych odsyłam do moich relacji z poprzednich edycji MFSP). W tym roku A PART nie tylko przypomniał siebie sprzed lat, przedstawił również następny po „Ofelii” szkic do wariacji Shakespearowskich „Nic. Szkice do Króla Leara” i przygotowany w koprodukcji z Teatrem Amareya performans „Cztery”.
O ile „Cztery” odwołuje się do konkretnych symboli związanych z tą liczbą (w kulturze europejskiej jak i azjatyckiej), zwłaszcza symboli materialności, i próbuje je zwizualizować (z różnym skutkiem; niektóre sceny są nazbyt „ograne”, za bardzo ikonograficznie oczywiste, inne próbują się z tej oczywistości wyzwolić – proszę zwrócić uwagę zarówno choreografię w środkowej części spektaklu jak i jego finał), o tyle „Szkice do Króla Leara” mają wyłącznie ziemski ciężar. Marcin Herich cały spektakl buduje na napięciu pomiędzy „niczym” a „czymś”, „nic” wypowiadane przez Kordelię ma masę czarnej dziury, z której wyłania się na chwilę stary, zniedołężniały Lear tylko po to, żeby za chwilę zostać przez nią na powrót wchłonięty. Nic nie jest tu przeciwieństwem „czegoś”, jest jego integralną częścią, tak jak ciemna strona księżyca jest częścią jego widzialnej części. Bodajże najważniejszym pomysłem „Szkiców” jest włączenie doń prawdziwych, współczesnych historii trzech aktorek/bohaterek spektaklu. Te trzy opowieści niejako podwójnie sięgają wstecz, odwołują się do rzeczywistych wspomnień ale i – mam wrażenie - do samego przedstawienia; związki  dorosłych kobiet z mężczyznami na dworze Leara (scena 5) są tylko wariacją na temat podstawowej relacji córek z ojcami. Wszystkie matryce zostały już zapisane, wytłoczone, chciałoby się powiedzieć (z drugiej strony przypominam sobie scenę z „Mojego Nikifora”, kiedy filmowa córka (sic!) Mariana Włosińskiego na pytanie kim chciałaby być, odpowiada „chciałabym być nikim” - to nic innego jak słowa samej Kordelii, niczym „I would prefer not to” kopisty Bartleby’ego, niezwykle rzadki ale powtarzalny w historii akt odmowy udziału).
Żaden z wcześniejszych i późniejszych festiwalowych spektakli nie okazał się tak wyrazisty w znaczeniu narracyjnym (może poza „Mr Carmen” Teatru Inżynieryjnego Akhe). Ale to oczywiście żaden zarzut. A PART jako teatr zdążył nas już przyzwyczaić do repertuarowych wolt (od pleneru do kameralnego monodramu, od epickiej opowieści do spektaklu aluzyjnego i alegorycznego). W roli gospodarza festiwalu działa mniej więcej tak samo. Mniej więcej, bo „większe” narracje zagospodarowuje sam, czasem oddaje je w ręce Teatru Ósmego Dnia bądź Teatro Del Lemming (nomen omen TDL w 2017 roku też pracował z tekstem Shakespeara).
Żaden zarzut – tym bardziej, że kameralne przedstawienia niejednokrotnie miały ogromny potencjał. „1923. Webcam” duetu Tukawach, dwie miniatury Cantabile 2 („Rozdziały” a w szczególności „Smak”), „Kamica79” Marty Grygier, niektóre sceny z czterech etiud „Studiów nagości” United Cowboys były jak ciche rewolucje. Nigdy wcześniej nie poczułem z taką mocą, że wszystkie granice w tatrze są umowne, nie zobaczyłem tak wyraźnie z zewnątrz procesu, w którym jako użytkownik medialnego przekazu uczestniczę często w sposób nieświadomy. Nigdy wcześniej obcość nie stała się tak bliska. Nagość nigdy wcześniej nie była mięsem. I tak dalej. Ciche rewolucje, powtarzam. Ktoś to w końcu powinien robić. I robi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz