czwartek, 30 marca 2017

Nić Baltazara, czyli kilka krótkich medytacji na temat przypadku

Są myśli, które zarażają natychmiast. Czasem jest to infekcja ostra lecz krótka, jak przy grypie. Niekiedy rozwija się podstępnie, całymi latami. Pamiętam Miłosza, kiedy mówił o „nihilistycznym ukąszeniu”, o odpowiedzialności za słowo, jaka spoczywa na poecie. Wiedział, że słowo może ingerować, penetrować bardzo głęboko. W zasadzie nie słowo, ale myśl. Mamy różną odporność. W sensie krytycyzmu. Po prostu pewne lektury przychodzą za wcześnie, kiedy nie jesteśmy jeszcze gotowi. Inne za późno. W każdym razie mnie tutaj interesuje to pierwsze. (Do dzisiaj nie wiem, jak to jest z tymi książkami: wybieramy je, czy to one wybierają nas? W obu przypadkach jednak chodzi o wybór, a więc akt, który wyklucza przypadek. No tak. Ale jeśli książki nas „poszukują” i „znajdują”, jeśli można mówić o jakiejś „świadomej” aktywności książek, to rola przypadku w tym wypadku wydaje się wysoce wątpliwa).
Był rok 85. Może 86. Miałem 14 lub 15 lat i znajdowałem się w okresie, który określa się czasem formacji. „Trafiłem” całkiem nieźle, bo na „Dolinę Issy”. Mogło być znacznie gorzej, gdybym wtedy zaczął czytać takiego Lautreamonta czy Ciorana. Pojawił się jednak Miłosz, który na długie lata ustawił moje myślenie o przypadku i konieczności. Na pytanie Baltazara, dlaczego innym jest dobrze, a jemu nie, diabeł Niemczyk odpowiada: […]„każdemu dano taką nitkę, jego los. Albo schwyci jej koniec i wtedy cieszy się, że postępuje jak należy. Albo nie schwyci. Tobie się nie udało, ty nie szukałeś własnej nitki, oglądałeś się na tego i tamtego, żeby być taki jak oni. Ale co dla nich szczęście, dla ciebie nieszczęście”.
Żeby nie było, nie przyjąłem tej myśli bez oporu. Jeśli kilkadziesiąt stron dalej Niemczyk dopowiada, że „wygląda, jakby stało się to, co miało się stać, i nie mogło być inaczej”, to gdzie tu jest miejsce na ludzkie działanie? Innymi słowy, czy jest dane, niejako z góry (czy z dołu mówiąc gnostycznie), że ktoś pochwyci nić, a inny już nie? Może owe nici, że się uczepię wizualizacji, na różnych poziomach są umieszczone? Jednemu jego los dynda przed samym nosem, drugi musi szukać. Albo jeszcze gorzej: ktoś przy nich majstruje, ktoś się nimi bawi? No więc, czy to nie jest tak, że na nici Baltazara znalazło się zabójstwo ruskiego żołdaka? Czy Szczepan Twardoch w „Drachu” (w jakimś sensie za Miłoszem i Schulzem) nie radykalizuje idei „czasu rozdanego”, w którym wszystko już się wydarzyło, wszystkie karty zostały rozdane? Pomyślałem, wtedy, w tym 85 czy 86 roku, że może nie ma ani wolności ani konieczności. Nie tymi słowami to pomyślałem, tylko obrazem. Jest nić, owszem, oś wydarzeń, która ma swój początek i koniec. I są różne punkty węzłowe. Jak sznurki kipu. Dane totalnie zaszyfrowane, przy których maszyna Turinga to drobiazg. Są zatem węzły (wygląda, że stać musi się, to co się musi stać), a między nimi znajduje się pusta przestrzeń. Nazwijmy te luki przestrzenią wolności. A czym są węzły? Czy posiadają jakieś imię? Czy możemy je zmieniać, chociaż nie możemy usunąć?
Z tą wiedzą, że życie tkwi w pewnych ramach, chociaż nie jest do końca zaplanowane, łatwo było żyć. Wszystkiego było po trochu: i poczucia bezpieczeństwa i wolności. Jeszcze mi się wówczas wydawało, że nić tkwi na zewnątrz. Że i owszem, ktoś może majstruje przy ludzkim losie, ale tylko po to, żeby człowieka zahartować.
Czy takim węzłem, dokładnie dziesięć lat później, był mój ślub czy to wypadek komunikacyjny, jakiemu uległa Ju, doprowadził do ślubu? Z perspektywy czasu skłonny byłem przyznać, że gdyby Ju nie wpadła pod fiata uno na Uniwersyteckiej, nie zrozumiałbym, jak bardzo była ważna, ergo Ju nie otrzymałaby oczekiwanej ode mnie informacji zwrotnej (do tamtej pory nie wiedzieliśmy, czy siebie chcemy).
No tak, ale wypadek nie znajdował się wcale na mojej osi. Jest w tej perspektywie coś uwierającego. Coś totalnie nie do zaakceptowania. Coś wreszcie, co każe mi dzisiaj myśleć o tamtym wydarzeniu w kategorii przypadku właśnie. Problem mianowicie jest w tym, że to wyłącznie moja, egocentryczna perspektywa. Nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że ktoś może ponosić takie koszty, fizyczne i emocjonalne, trudne wręcz do oszacowania tylko po to, żebym ja miał coś zrozumieć. Coś przemyśleć. Nie ma tu żadnej harmonii, nie ma równoległości. Jest przepaść. Jest nierówno rozdany los, nierówno wpakowane w człowieka cierpienie, są nici zawieszone na różnym poziomie. Albo: nie ma nic. Nagie zupełnie wydarzenie, któremu dopiero post factum nadajemy rangę. Tak samo jest z historią. Systematyzacja i tak zwana logika dziejów pozwala nam zapomnieć, że żyjemy w chaosie, że nie ma żadnego continuum, żadnej teleologicznej ekonomii.
O tej mojej dawnej intuicji (mojej? czy tylko wypożyczonej?) Michał Heller napisał całą książkę o przypadku. O sieci, w którą wkomponowane są „wolne miejsca”, bez których cała struktura nie może działać. „Przypadki nie są wyłomami ani uszkodzeniami Zamysłu, są newralgicznymi punktami jego architektury”. Po drugiej stronie barykady mamy Dawkinsa czy Matta Ridleya z jego „Czerwoną królową”, która – w kolosalnym skrócie – dowodzi, że jedynym „zamysłem”, z jakim mamy do czynienia, jest „zamysł” ewolucyjny i genetyczny. Nasza seksualność tak została skonstruowana (a właściwie: tak się sama skonstruowała), żeby zapewnić ewolucji optymalne warunki. Wykorzystuje nawet kulturę, żeby wzmocnić naturę (Ridleyem myśląc możemy nawet zaryzykować stwierdzenie, że fakt kulturowy jakim jest wyludniająca się Europa, ma podstawy ściśle ewolucyjne, przygotowuje bowiem grunt dla organizmów silniejszych, które sprawdzą się w trudniejszych warunkach biologicznych. Gdy tymczasem my żyjemy w iluzji, że chodzi o wojnę między kulturą zachodu a wschodnią barbarią. Ideały rewolucji, doprawdy, śmiesznie wyglądają przy statystykach demograficznych państw arabskich).
Przyznam, że ma to sens. Łatwiej mi zrozumieć i przyjąć, że rozgrywają nas nasze geny a nie jakiś Bóg, któremu miłosierdzia nikt jeszcze (może poza mistykami, którzy żyli w dosyć osobliwej rzeczywistości) nie udowodnił. W sensie ogólnym jest mi łatwiej. Bo jeśli teorię ewolucyjną przyłożyć w skali 1:1 do naszego rodzinnej historii, też się nie sprawdza. Nie od miłości ani od transów godowych bowiem coś się między nami zaczęło. Hasło „rzuć się pod samochód, będziesz miała dzieci” nadaje się na kwejka, nie zaś do racjonalnego namysłu. Poza tym, dzieci nie planowaliśmy. Ju nie planowała. Widocznie wątpiła w związek oparty na przypadku komunikacyjnym. Jeden, jedyny raz zaplanowała, skończyło się poronieniem.
No chyba, że nie chodzi tu tylko o seksualność, miłość. Może troska też jest na usługach planu?
W jakimś sensie łączy mi się to wszystko z Baltazarem. Facet nie umiał się po prostu o siebie zatroszczyć. Oglądał się za siebie, bo tylko inni mieli lepiej. Trafił na żołdaka i zabił. Przypadek. Któremu nadał za wysoką rangę. Skoro trafiło na niego, uznał, że tak mu było pisane. Szukał tej swojej nici na zewnątrz, podczas gdy cały czas ona była w środku. Niechby tylko była nicią jego kodu genetycznego. To mało?
„Za mało. Żyć to za mało” – taka była odpowiedź Baltazara. I to go zgubiło.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz