piątek, 3 kwietnia 2015

O ojcach sny

Najpierw Roma śni, że umarłem (nie jest to moment kulminacji, więc resztę snu przepłakuje, odbywa po mnie żałobę). Bardzo podobną historię sam wyśniłem w wieku 7 lat i ona rzuciła cień na życie mojego ojca. To znaczy nie tyle na jego egzystencję, co moją jego egzystencję; mniej więcej od tamtego momentu czułem, że są to dwa różne zjawiska, dwa odrębne byty.
Zaraz potem Li relacjonuje mi swoją oniriadę. Klasyk. Opowieść zaczyna się od momentu oświadczyn. Park, w parku ławka, na ławce dwie dziewczyny, Li i Aju. Ślubują sobie miłość, uczciwość małżeńską etc. Niestety pojawiają się przyzwoici ludzie z ‘Watahy’ (paczka licealna Lidki) i przerywają ceremonię. W następnej odsłonie ja, biedny ale przebiegły ojciec i prowadzę ją do wielkiego, starego domu (sic!), w którym mieszka malarz z matką. Dom jest naprawdę ogromny i zapuszczony, na zewnątrz cały opakowany niczym emballage, w środku grzyb, odpadający tynk, przeciekający dach, w oknach folia zamiast szyb. Facet maluje na tych właśnie foliach, ale jego opus magnum – monumentalny fresk przedstawiający wulkan w trakcie erupcji – jest niedokończony. Na wszelki wypadek (malarz jest młody i przystojny) ubieram Li w kostium potwora z „Labiryntu fauna”, i wysyłam, żeby nauczyła go ucierania czarnego pigmentu z węgla. Po jakimś czasie Li wraca z kamiennym moździerzem w ręce, zrezygnowana, i mówi do mnie – Tato, pigmentu nie da się utrzeć, jego matka nie może oddać krwi menstruacyjnej, bo ma menopauzę. – To daj mu swoją własną – odpowiadam.

Wiedziałem, że łatwo nie będzie. Czasem jednak mam wrażenie, że tak naprawdę to nic nie wiedziałem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz