czwartek, 16 kwietnia 2015

Materia związku


Niezwykły klimat. Zapach farb, terpentyny, paczuli i kadzideł. Mnóstwo zakamarków, labirynty półek z książkami, małe drzwiczki wiodące do kuchni, a stamtąd do kolejnych pomieszczeń. Przez parę lat spotykaliśmy się tam co wieczór, wypijając hektolitry czarnej jak smoła herbaty. Gadało się i gadało. Ale też robiło: kolorowało karty tarota, tłumaczyło koany i krótkie teksty buddyjskie, głośno czytało. To krótkie, obrazowe wspomnienie Jerzego Ilga dopełnia inny bywalec artystycznego squatu na Piastowskiej,  Henryk Waniek: Myśmy się w tam kolektywnie dokształcali. […] Jechaliśmy w stronę czegoś, co niejasno można było usytuować między ekspresjonizmem a nadrealizmem.
Tak, miały Katowice swoją awangardę, swoją pierwszą ligę. Łódź miała Strzemińskiego, Kraków - Kantora, Nowosielskiego, Wróblewskiego, Marię Jaremę, w Kato na strychu przy Piastowskiej – miejscu legendarnym, kultowym w latach sześćdziesiątych i w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych – tworzyło artystyczne małżeństwo: Urszula Broll i Andrzej Urbanowicz.
„Niebezpieczne związki”- tytuł wystawy, zaczerpnięty z głośnego epistolarnego dzieła de Laclosa nie ma oczywiście zamiaru podbijać stawki skandalu, jaki towarzyszył  publikacji powieści. Jest dwuznaczny, przyciągający, bo po pierwsze generuje (na wyrost, ale o tym nie musimy wiedzieć) jakąś nadzieję na „wejście w cudzą intymność” – jest efektowny, świetny na lead, po drugie formuje zakres interpretacji, którą proponuje Ewelina Krzeszowska, kurator ekspozycji. Właśnie w tej propozycji tkwi owa dwuznaczność. Z biografii wynika bowiem niezbicie, że związek Broll i Urbanowicza mieścił się poza możliwościami polskiej średniej, zarówno jeśli chodzi o przebieg jak i intensywność (wzajemna stymulacja intelektualna to w ogóle jest dla większości polskich małżeństw kosmos). Wystawa jednak w jakiejś części podważa idylliczną biografię. I owszem – ujawnia wzajemny wpływ, przenikanie, artystyczną osmozę, ale ten sam czynnik sugeruje istnienie elementu hamującego rozwój. Bo pytanie jest tu zasadnicze – jak potoczyłyby się losy obojga artystów, gdyby dojrzewali osobno? Gdyby dane im było zaledwie spotkać się – tak jak spotkał się Urbanowicz z Beksińskim, w połowie drogi i bez wzajemnego wpływania na siebie – nie zaś wieść wspólne 20- letnie niemal życie w tej samej przestrzeni.
Ekspozycja jest zresztą tak pomyślana, że tych pytań o wzajemne relacje nie da się uniknąć. Na jednej ścianie prace Urbanowicza, na drugiej - Broll. Żadnego pomieszania materii. Jest oś symetrii, czy też quasi symetrii i linearność. Widać wyraźnie, że malarstwo Broll ewoluuje od jasnej, przejrzystej palety, od pełnego spektrum monochromatycznego do form cięższych, ciemniejszych (jak u Marka Rothki), do informelu (Alikwoty). W tym momencie po raz pierwszy artyści zbliżają się do siebie. Urbanowicz wykorzystuje tkaniny – wtopione, perforowane – to jest jego sposób na formowanie przestrzeni i waloru. Jego obrazy są przejrzyste (mimo zastosowanej czerni – tkanina jednak wprowadza pewną gradację chromatyczną) i arytmetyczne, Broll w Alikwotach walor buduje za pomocą koloru – tak jak pracach na papierze z lat 50 –tych, ale jej „informel” jest bardziej dynamiczny, zachłanny – faktura obrazów jest gęsta i przypomina strukturę wylewu wulkanicznego po zastygnięciu. W płaszczyznę Alikwot wtopione są płótna, piasek, skorupy, żywice i werniksy. Ewidentnie oboje w jakiś sposób próbują przedstawić własną wersję Apokalipsy. Takie mam wrażenie. Bo przecież tkaniny Urbanowicza to nie tylko podział i geometria, nie tylko sakralność (poprzez odwołanie do ikonografii), to również architektura. Ciemne, opuszczone budynki, bloki. Tak wyobrażam sobie urban po wygaśnięciu wszystkich świateł. Po nadejściu nieskończonej nocy.
Widać już jednak kolejny moment graniczny – w Alikwotach Broll wprowadza motywy figuralne – które niebawem wyewoluują w abstrakcję geometryczną, ale będzie to również powrót do rozwiązań wcześniejszych (w przestrzeni koloru), Urbanowicz zaś sięga po rozwiązania Broll, eksperymentuje z fakturą i dodaje od siebie element mistyczny, czy też mistycyzujący, który antycypuje w jakimś sensie ostatni okres w pracy twórczej Urbanowicza – cykl Listów do Eris. Rolę się odwracają – w drugiej połowie lat 60 tych to Broll staje się przejrzysta i matematyczna, u Urbanowicza jest jakiś nadmiar. Przepych (w kontekście wcześniejszych prac), ale nie chaos. I jeszcze raz małżeństwo, wszakże od 1978 roku nie będące już małżeństwem, „określi” wspólną przestrzeń poszukiwań – myślę tu właśnie o powstałym w 2007 cyklu „Listów” Urbanowicza i gwaszach Broll „Z gestu” tworzonych od lat 90-tych do teraz. Będzie nią kolor. Artyści poszerzają zakres barw, zaczynają nawet używać barw spektralnych. Broll nadal modeluje bryły, w tym figury osiowe, Urbanowicz, który przeszedł przez buddyzm, recytuje swoje mantry, odmalowuje wersje sansary, zarodki i mgławice, początek i koniec. Nie tylko kolor ich łączy. Myślę, że oboje w tej radosnej, infantylizującej trochę formie godzą się z upływem czasu. Ufam tej kolejności. I temu porządkowi. Przemawia do mnie ta afirmacja, która nie jest jakimś diabelskim happy endem ale po prostu stanem harmonii, która nigdy nie jest dana z automatu.
Aż się prosi, żeby o tym duecie napisać książkę. Nakręcić film, albo przynajmniej stworzyć spektakl, taki jakiego doczekała się inna wybitna para artystów – Strzemiński i Kobro.

Niebezpieczne związki. Broll i Urbanowicz. Muzeum Historii Katowic. Kurator wystawy: Ewelina Krzeszowska


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz