sobota, 8 lutego 2014

żałoba jest wspólną ojczyzną


'Okazało się, że przeżywanie śmierci właściwie mnie paraliżuje, że cały czas prowadzę ze sobą wewnętrzny dialog na temat swojego osierocenia. /…/ Ta książka była we mnie całymi zdaniami. Chodziłam po ulicach i całe frazy we mnie mówiły. /… / Rozpaczałam w ten sposób. Pisałam ze środka bólu' – mówi Inga w wywiadzie dla Wysokich Obcasów. Końcowe rozdziały 'Umarł mi' przywołują „szwajcarski mit” ojca, który oczywiście nie wytrzymał próby czasu, okazał się fiaskiem. Tak jak i sam notatnik żałoby. Rodził się – to prawda – z jakiegoś automatyzmu, jakby „żałoba chciała się wygadać” – ale cel był ściśle określony – dotrzeć do ostatniej żywej rozmowy. Sery się zje, linie papilarne w końcu znikną z przedmiotów, wymowność ostatniej fotografii jest pozorna. Pamiętam, że moje własne notatki powstawały wedle tego samego mechanizmu. Całe zdania, okresy, całe frazy już były we mnie. Jakbym był mówiony, a potem używany do pisania. I też zostałem na końcu z tym dojmującym uczuciem nieciągłości. Dalej niekompletny. Jakby nic się nie wydarzyło, słowa donikąd mnie nie zaprowadziły. To oczywiście złudzenie, bo literatura żałobna nie prowadzi do "jakichś miejsc", tak jak terapia nie przynosi nigdy gotowych rozwiązań. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz