środa, 12 lutego 2014

co się wydarzyło w carrefourze


W Carrefourze to ja robiłem zakupy. Mój boże, normalne zakupy. Na obiad, kolację. Jak co dzień. Idę z tym wszystkim do kasy. Kolejka już za mną spora, bo jedno stanowisko na cały sklep czynne. W dodatku zapomniałem zważyć pekińską, marchew i zieloną paprykę. To wracam i ważę i znowu wracam. Szepty już są, propaganda szeptana, krzyków jeszcze nie ma. Kasjerka paniąsabinę woła, panisabiny nie ma. Płacę kartą, odbieram. Stop. Sygnał na bramce jest. Świetlny i dźwiękowy. Na cały Carrefour. Następuje zmiana dekoracji na twarzy kasjerki. Z obojętnego zmęczenia na jadowitą nieufność. Ochrona wyrasta jak po deszczu. Dorodny okaz. Samo zdrowie psychiczne. Kasjerka znowu woła paniąsabinę, panisabina drugi raz zapiera się kasjerki. I tutaj następuje moment domniemania winy. To już nie jest nienacechowane „proszę otworzyć torbę”, ale „co pan w torbie ukrył?” Czy coś ukryłem? Włożyłem przez przypadek? Podłożyli interwenci? Służby więzienne? (nie, to inna bajka zupełnie). W kolejce już wrze, puchną ładunki dodatnie i ujemne, zaraz jebnie, to pewne, tylko jeszcze nie wiadomo gdzie. W kasjerkę, paniąsabinę czy we mnie. Albo we wszystkich naraz. Bym się nie zdziwił. Do tego wstyd, bo mi wszystko ochrona wyciąga z torby. Jakby mnie rozbierali, się czuję. Kindle już leży, nowy Tygodnik Powszechny, gaza jałowa Matocomp, mala tybetańska do pokłonów. Kurwa, brakuje jeszcze tefilinu i Koranu. Byłby komplet.. Dalej – z dziesięć długopisów – te sprawdzają dokładnie, dwa zapasowe klucze do stacyjki, pigularz. Oczywiście otwierają pigularz z antydepresantami, bo mogłem tam przemycić kawę Jacobs albo kilogram kiwi. Kolejka robi drugi zakręt, jest już jak w PRL-u. Panisabina biegnie, przełyka coś w biegu, jako ostatni wypada z torby Coetzee. Spocony jestem, kasjerka wściekła, tłum mięknie, bo Coetzee dzwoni jak najęty. Ochroniarz podnosi „Ciemny kraj” jak zwoje Tory, ja podnoszę oczy. Śmiało. Z ulgą. A nawet rosnącym wyrazem triumfu. Wcale nie chodzi o tłum przysięgłych. Ani o kasjerkę. To dziwne, ale triumfuję, jakbym sam sobie coś udowodnił.

3 komentarze:

  1. świetnie opisane i zakończenie z Coetzee rozkłada na łopatki. Podziwiam opanowanie.
    A swoją drogą jak bardzo mi takich doświadczeń NIE brakuje :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ba, mnie też nigdy ich nie brakowało, tylko jakoś wcześniej nie uznawałem ich za istotne. Te wszystkie opresje intelektualizacji..:)

    OdpowiedzUsuń