poniedziałek, 6 stycznia 2014

trzech króli


Martwy sezon nastał. Ciągnie się od grudnia. „Zjechałem tu nie w porę, sezon jeszcze nie otwarty”, taka Wojaczkowa nuta przyszła mi na myśl. Na myśl o mojej obecności pod Archikatedrą. Słońce już wysoko, to znaczy nisko jak to w zimie, ale temperatura raczej wiosenna niż styczniowa. Cień kładzie się na frontonie kościoła, na schodach, filarach, szukam więc plastrów światła po drugiej stronie ulicy Powstańców, ogrzewam się, taję.
W procesjach brałem udział z rzadka, męczył mnie ten powolny marsz, ten tłok, to wpadanie na siebie i deptanie po piętach. To nie mój rytm. Mój chód to bieg raczej. No może półbieg. Żeby nie widać było, że to ucieczka. Każdy pośpiech to ucieczka. Spieszymy do punktu B, żeby uciec od punktu A, w którym beznadziejnie czekamy na siebie.
No ale Trzech Króli to nietypowa procesja, raczej orszak, korowód, coś na granicy religijnego i świeckiego, teatralnego i rytualnego, karnawałowego i postnego. I miesza się tu zaprawdę wszystko ze wszystkim – sacrum i profanum, stare i nowe, jarmarczne, tandetne i mistyczne. Powiewają flagi z krzyżem maltańskim i bohaterowie anime nadmuchani helem, niosą się kolędy i dym z e-papierosów, rozgrywają się jasełkowe kanony i nagrywają filmiki na setkach wycelowanych w orszak smartfonów. Fronton katedry ogłasza wiarę w Syna Bożego, filary zaś reklamują dobrze ulokowany hajs: Panfil na straży należności, Skok Wesoła i InterRisk Vienna Insurance Group. Słyszę melodyjne zaśpiewy z megafonów, że serce człowieka na ciebie czeka albo piękno stworzenia ciebie odmienia, i kłótnię dwu mężczyzn nad wózkiem gondolą. Nie wiem, czy tylko ja tak mam? Jestem w jakiejś rażącej mniejszości? Przeciwieństwa się przyciągają? Wolałbym nie słyszeć ani nie widzieć tych kontrastów. Żeby nie powiedzieć – zgrzytów. Dać się ponieść zbiorowej dziecięcej euforii albo przynajmniej znaleźć się w grupie docelowej, w targecie wspólnotowego przeżywania święta Trzech Króli. Ale nic nie poradzę, że z tym świątecznym tłumem (tysiąca? dwóch, trzech tysięcy) katowiczan z trudem się zbliźniam, z oporem socjalizuję, nie znajduję zakotwiczenia we własnej pamięci – może jedynie odległej jakiejś, niemniej silnej emocji przeżywania jasełek w dzieciństwie: Była zima stulecia. W zasadzie jedna z wielu zim stulecia. Miałem sześć lat, szedłem z matką z przystanku PKSu do domu wujka w Zajezierzu. Trasa Toruń-Inowrocław. Kilka kilometrów tunelem wydrążonym w śniegu. Czarna styczniowa noc. I nagle światło. Nie wiadomo skąd. Światło w tym tunelu – ciepłe, złote wpadające w oranż. Za zakrętu wyłania się żółta gwiazda, potem trzej królowie, tur głucho kłapiący żuchwą. Na końcu diabeł i śmierć. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz