wtorek, 24 września 2013

czarny koń, jaki jest, każdy widzi



Czwarty dzień Ars Independent to jeszcze nawet nie połowa. Zebrać wrażenia, scalić, syntetyzować to, co już wyprojektowano na kilku ekranach kin, rzecz niełatwa, zwłaszcza dla kogoś, kto na kinie offowym się nie wychował. Kto na filmie niezależnym nie wyrastał (i nie wyrósł z niego jak z krótkich spodenek). Sama zresztą definicja OFF-u w kinie jest nieprecyzyjna. Przyznacie, że można nakręcić film wysokobudżetowy będący wyrazem własnej wizji artystycznej czy kultowego niekomercyjniaka. Amatorszczyzna też nie za bardzo pasuje do takich obrazów festiwalowych jak „Niewinni” Chen-Hsi-Wonga, „Die Welt” Alexa Pitstry czy „Apaches” Peretti’ego. By wybrać pierwsze długometrażowe filmy z brzegu. Idąc tym tropem do worka offowego należałoby wrzucić całego Bela Tarra i „trylogię” Semiha Kaplanoglu, a wyciągnąć wspomnianego Perettiego, Rona Fricke i Dumałę. Dwaj ostatni, rzecz jasna, są na Ars Independent na prawach specjalnych – Fricke w ramach Specjalnego Wydarzenia, Piotr Dumała w cyklu Retrospektywy. I jako juror Czarnego Konia Animacji. Ale mimo wszystko…

Druga sprawa – problem jednoczesności, prawdziwa bolączka większości większych festiwali w Kato, dotknął również festiwal filmowy. Niestety. O powtórkach pomyślano, ale i tak wiele materiału filmowego bezpowrotnie przepada. Dumałę mogłem poświęcić – większość jego animacji już widziałem, ale jak podzielić uwagę między świetnego, choć nierównego Liora Shamriza, retrospektywę Laili Pakalniny, Japan Independent z dwoma głównymi daniami konkursowymi i Dokumentami o twórcach? Ma ktoś jakiś pomysł? Teorię względności – zamknięte krzywe czasowe opracowane empirycznie? Przyjmę każdą, nawet nietestowaną na substancji cielesnej o masie człowieka. Póki co pozostaje mi niedoskonały siłą rzeczy system eliminacji. Folder festiwalowy. Plus intuicja. A że męska, nie kobieca -  to też produkt marnej jakości.

Nie miejsce tu na recenzje poszczególnych filmów ani czas ku temu – konkurs, jak się rzekło, bliski dopiero półmetka. Liora Shamriza, z którym wspólnie wczoraj oglądałem „Apaczów” w Rialcie – najbardziej dotąd profesjonalny obraz, przywodzący mi na myśl genialnych Austriaków: Seidla i Hanekego -również, z racji powierzonej mu funkcji, nie naciągałem na opinie (chociaż zagwarantowałbym tajemnicę wypowiedzi). 
Powiem tyle, że zaczynam tuż po południu, a kończę tuż przed północą, ledwo trafiając do własnego łóżka. Z Rialta do dwu kinowych sal studyjnych i Ateneum skracam sobie drogę przez labirynt dworca i trzewia molocha – Galerę Katowicką. Podziwiam festiwalowe intro oraz czarny, wróć – cienisty PR „Out of the Shadow” (niemal tak tajemniczy jak słynne „The truth is out there”). Rozsmakowuję się w realizmie magicznym i grach z konwencją filmową Shamriza, subtelnej nerwicy natręctw Tsubokawy, poetyckim i przewrotnym soft porno Yann Gonzales (ten sam zabieg, tyle że literacki – w wersji hard znajdziecie państwo w „Obscenariuszu” najnowszym zbiorze opowiadań Wojtka Kuczoka), czasem przysypiam, jak przy „Piątej Ewangelii Kaspara Hausera”, w którym jedyną logiką jest logika pastiszu („Koń turyński” Bela Tarra) ale też biję Alberto Gracii potajemnie brawo za sporą dawkę autoironii. Biały nagle ekran i opresywny dźwięk budzika – wybudziłby nawet umarłego. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz