środa, 4 września 2013

ballada o smyczku


Pierwsze zdanie jest kluczowe, tako rzekł niegdyś Jerzy Pilch, w pierwszym zdaniu rozgrywa się zasadniczo wszystko, sprawa talentu autora oraz wielkość powieści (nie jej rozmiar). Albo nas zauroczy, zaintryguje, zwiedzie albo zawiedzie, innych alternatyw nie ma. Można powiedzieć, rasowego pisarza, niekoniecznie z rodowodem, poznaje się po tym, jak zaczyna. Koniec można mu wybaczyć.
Paweł Potoroczyn swój późny debiut powieściowy – „Ludzką rzecz” – zaczyna świetnie: „Pogrzeby w Piórkowie miały więcej życia niż wesela, kinematograf i elektryczność”. Proszę tylko się wsłuchać w rytm tego zdania, jego opadającą kadencję, jego arcypolską, funeralno-romantyczną wymowę, swojskość pobrzmiewającą w owym nieznanym nam jeszcze, prowincjonalnym „Piórkowie”, z którego – jak z matecznika – wszyscyśmy wyszli, żeby teraz wieść żywot w blokowiskach metropolii. A dalej jest tylko lepiej.
Próżno by szukać powieściowego Piórkowa na mapie realności, chociaż co bardziej dociekliwi odnajdą wieś na Kielecczyźnie, niedaleko Opatowa, literacko już istotną (miejsce urodzenia Zbigniewa Masternaka), co bardziej dociekliwi odkryją prototypy Koloni Siwe, pola plebańskiego, powieściowych „trzech wierzb” (cztery lipy?), a nawet księdza Jan Molgę (proboszcz Morga?), reszta danych wprowadzi niechybny zamęt. Sąsiednie Białobrzegi wcale nie takie sąsiednie, tak samo Broniszewo, nie wspominając już o Bołtuciach (na Wileńszczyźnie). Rzesza niemiecka też nigdy nie mogła się „zaczynać za buczyną”, chociaż koncept, przyznam, nieźle brzmi.
Piszę o tym gwoli archiwistycznej  i recenzenckiej  powinności. Rzecz oczywiście nie w tym, żeby na siłę szukać zakotwiczenia w realnym. Granice są tu umowne, tak samo jak Historia. Umowny jest język z całym swoim staropolskim inwentarzem leksykalnym, oddany z mistrzowską biegłością, ale też poddany już na wskroś współczesnej obróbce.
Próżno by również w „Ludzkiej rzeczy” szukać klasycznej fabuły. Ramy powieści wytycza co prawda solidne wydarzenie, mianowicie pogrzeb Smyczka, akowskiego partyzanta, i jest to pretekst, zaryzykuję stwierdzenie, do snucia mniej lub bardziej do tego wydarzenia przylegających narracji. Niektóre wątki Potoroczyn ciągnie do samego finału, inne pozostawia nieledwie napoczęte, porzucone na powieściowej bocznicy, by powrócić do nich w kodzie utworu, która, jak się rzekło, poddana temu samemu prawu umowności, wcale nie znajduje się na końcu.
Śmierć i pogrzeb bohatera, ale także przywołana w retrospekcji nierozważna i romantyczna miłość do Wandy, jest więc w centrum, wytwarza ono silne ale zmienne pole grawitacyjne. Historie odrywają się od niego, ale i posłusznie wracają według jakiegoś tajemniczego cyklu. W istocie „Ludzka rzecz” z jej mnożącymi się opowieściami ale też z jej „łotrzykowskim rodowodem” przypomina opus magnum Potockiego. Czego my tu, proszę państwa nie mamy? I włoską księżniczkę i arcyksięcia Ferdynanda. Bitwę pod Verdun i obóz zeka pod Charkowem. Wiedeń u schyłku cesarstwa i japońskie haiku. Piłsudzkiego i Radetzkyego, japońskiego admirała Onishi, ojca kamikaze i historię lutniczej rodziny Dankwartów. Jest Ezra Pound i Thomas Eliott. I fortepian Paderewskiego. Prawdziwy żywioł. Nie tylko epicki sensu stricte, ale i dygresyjny, polemiczny. I eseistyczny. Zbyt to wszystko eklektyczne? Wcale nie? Zadziwiające, ale w tym nadmiarze, udało się zachować Potoroczynowi umiar. A przy tym rozprawić się, co z tego że tylko pozornie, z polskimi kompleksami wobec Europy. Jest w tym widoczny jakiś gest uwznioślający, nadający wyższą rangę. Prowincja Potoroczyna nie tylko bez kompleksów spogląda na Wiedeń czy Paryż, ona sama chce być Wiedniem i Paryżem, a właściwie nim jest i ma tego świadomość. Piękna utopia, to prawda. Każdą najmniejszą utopię bierzemy w ciemno. Czy jest to przełomowa powieść o polskich dziejach dotąd zawłaszczonych przez umęczoną szlachtę, jak pisze Andrzej Mencwel, powołując się na Brzozowskiego? Śmiem wątpić. Piórkowscy bohaterzy nie mają w sobie nic plebejskiego, albo raczej niewiele – to właściwie artystyczna komuna, która prawem literackiej kreacji znalazła się na polskiej wsi. Smyczek jest samorodnym talentem muzycznym, dziedzic Radecki próbuje malować, chociaż lepiej mu wychodzi snucie rozważań o sztuce. Stanisławski całe życie pisze dysertację, Dełeś eksperymentuje z teatrem. Wawrzyniec Kominek, obdarzony jest jakąś nadświadomością artystyczną i dialektyczną, Kazimierz Melus przepowiada śmierć. Nawet Niemiec Zerbst o mały włos „nie wynalazł telefonu i ortalionu”.
O Smyczku ballada

Partyzant był prawdziwy, z AK i naprawdę zginął, pisze Potoroczyn, czytamy na pierwszej stronie. Czy ta deklaracja oznacza, że wszystko poza tym było i jest fikcją? Albo że śmierć w tym kraju jest prawdziwsza, bardziej realna niż życie? („Nie, bez pogrzebów nie dało się żyć”). Wielu zapewne wolałoby skwapliwie przyznać rację autorowi, bo też dla akowskiego partyzanta z przeszłością, choć bez przyszłości (kobieciarz, włóczęga i złodziej, mimo że finezyjny i niepozbawiony artystycznych aspiracji) nie ma miejsca w konserwatywnej narracji historycznej. Nawet po próbie przeorania tej narracji przez „Morfinę” Szczepana Twardocha. Próbie, dodam nieudanej nie z powodu błędnych założeń, ale na skutek wyparcia jej głęboko egzystencjalnego znaczenia. Nie ma miejsca również dla ewidentnej ironii, z jaką Potoroczyn opisuje ruch oporu. Rację ma Dariusz Nowacki, kiedy sugeruje, że cała Piórkowska konspiracja w powieści Pawła Potoroczyna przypomina dziecięcą zabawę. W którą zaangażowani są, dodajmy, dorośli ludzie, proboszcz Morga, żydowski handlarz zbożem Haham, karawaniarz Kazimierz, Uklejowi bliźniacy powracający z obozu. „Kapela”, bo tak się zwie oddział partyzancki, podpisuje się kluczem wiolinowym (niczym Zorro), ma swój umówiony sygnał z kościelnej dzwonnicy, poza tym nie podlega żadnym strukturom podziemnym. I zamiast walczyć z okupantem lub chociażby szmalcownikami, wymierza sprawiedliwość Czynastemu, damskiemu bokserowi.
Trudno też zgodzić się z faktem, że kiedy w warszawskim getcie każdą sztukę broni zdobywa się z trudem, z cudem graniczącym, w lesie Smyczka „obradzają granaty”, broni jest pod dostatkiem, a bunkrów i ziemianek więcej niż jest w stanie wykopać cały pluton. Zaplecze „leśne” Smyczka jest baśniowe, on sam zaś przypomina ni to bohatera Okopów Św. Trójcy ni to młodzieńca ze Świtezianki, a w pompatycznej mowie pogrzebowej jego śmierć zostanie przez ks. Morgę porównana do pustki po pierwszej szabli Rzeczypospolitej, po Wołodyjowskim: „Panie chorąży Smyczek! Larum grają”. Czy tak się właśnie rodzą narodowe mity?
Zresztą sama okupacja też wygląda niepoważnie i groteskowo. Jeden tylko Zerbst, który od czasu do czasu postraszy, kogoś zastrzeli bez większego przekonania, jedna wieś spłonie (też przypadkiem). Centrum okupacji, że strawestuję pewien znany mi slogan, jest gdzie indziej. Zdecydowanie poza Piórkowem. Aż prosi się, żeby przywołać niedawny tekst Andrzeja Ledera i jego odważną diagnozę, że tej rewolucji (jeśli w istocie nią była) z lat 1939-56 nie przeżyliśmy świadomie, ale w sposób bierny, wręcz oniryczny, budząc się dopiero po 89 roku i rozumiejąc obszar pustki, jaki zajęliśmy, jednocześnie wypierając ze świadomości – po kim.
Ach, ale przecież mamy w powieści Hahama i jego przechrzczonego syna Dełesia! Szeregowca „Hioba”, postać jakby żywcem wyciągniętą z Bękartów wojny Tarantino, spełniającą żydowski sen o czynnym oporze i domorosłego filozofa, który po 45 roku oczywiście zasili szeregi UB, usprawiedliwiając tym samym nasz słuszny, polski gniew i miejsca, które się nam należały. Historię ludzkości – czytamy - pisze bowiem nie tylko to, co po nas zostaje, ale w takiej samej mierze to, co próbujemy skrzętnie ukryć przed okiem, uchem i nosem następnych pokoleń, bo zbyt ulotne, albo nadto kłopotliwe”.

Adela czyli Bianka

Na osobną uwagę zasługuje w powieści erotyzm. Potoroczyn potrafi pisać o cielesności, śmiem twierdzić, że w wątkach miłosnych wznosi się na wyżyny literackiego kunsztu. Oczywiście można erotyzm w „Ludzkiej rzeczy” wyabstrahować od wszystkich kontekstów i po prostu delektować co pikantniejszymi passusami, podziwiać leksykalną i słowotwórczą inwencję autora i niczym się doprawdy nie zaniepokoić. Można spróbować otworzyć „Ludzką rzecz” Schulzem, bo też figurę kobiecości ewidentnie zapożycza nie tylko ze Sklepów cynamonowych ale i Xięgi Bałwochwalczej.
Bohaterki powieści Potoroczyna to kobiety silne, dominujące, świadome swojej kobiecości, zmysłowe. Jest w nich widoczny zarówno rys Bianki, na wskroś melancholijny i hieratyczny i hedonizm Adeli. Rewers i awers tej samej figury. Kobiecość jest tu siłą wręcz kosmiczną, chtoniczną, niebezpieczną. Nie na darmo Potoroczyn tak często do jej opisywania korzysta z „chtonicznej, agrarnej” metaforyki. W konfrontacji z taką potęgą, mityczną ale też od początku niejako posiadającą psychologiczną przewagę, nikt nie ma szans. Nic dziwnego, że Smyczek, a za nim dziedzic Radecki a nawet Dełeś, który w 48 roku pacyfikuje oddział partyzancki, chociaż wcześniej niczym Schulzowski Jakub z czasu Traktatu o manekinach zostanie spacyfikowany przez Anię (Adelę), nie wychodzą poza krąg pierwotnego narcyzmu, poza niedojrzałość, poza romantyczny gest, który ma im zagwarantować rekompensatę utraconej (a może nigdy nie uzyskanej) podmiotowości.
„Dla dziedzica ta sypiająca z naganem pod poduszką straszna i zmysłowa kobieta o niepośledniej inteligencji, z empatią w zaniku i rozwiniętymi mięśniami Kegla była uosobieniem czyśćca i wcieleniem fantazji”. Poniższy cytat można uznać za kluczowy dla całej powieści. Tym samym była również Wanda dla Smyczka. Czyśćcem. Wieczną nadzieją powrotu. Do matki.
I to jest, proszę państwa, drugi powód dla którego, moim zdaniem powinno się czytać „Ludzką rzecz razem z „Morfiną”.


Tekst pierwotnie ukazała się w Tygodniku Powszechnym

2 komentarze:

  1. Co do początków/strzałów zaczynających powieść znalazłbym wiele przykładów dokładnie odwrotnych lub przynajmniej nie tak spektakularnych jak wymaga od pisarza współczesny marketing. Podobnie ma się rzecz z nagłówkami artykułów/esejów etc. Czasami jest pierwsze, znakomite pierdolnięcie a potem lipa. Tak czy siak autor powyższego artykułu wie co mówi i znakomicie mi się "to" czyta. pozdro

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokonałem za Pilchem oczywistej generalizacji. Koncept nieźle brzmi, ale nie trzymam się go na siłę. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń