środa, 10 lipca 2013

obnażony (pamięci dwu panów na Em)



Dość. Stanowczo dość. Dość zagęszczania ciemnej materii. Są jakieś granice, jest zwykła, ludzka wytrzymałość. Wlewa się jednym, drugim winno odpłynąć. Tak bywa, kiedy wszystko działa jak należy. Los, czy tam – jak państwo chcecie – fatum płynie sobie wąskim strumieniem, czasem wzbiera, ale naczynie też radzi sobie z utylizacją. Z wiekiem, wiadomo, proporcje wyglądają całkiem inaczej.

Zmarł ojciec poety z Mikołowa. Zmarł również pisarz co prawda ze Świdra, ale też z Mikołowem związany. Nazywali się podobnie, różniły ich le(dwie) samogłoski. Henryka Meleckiego znałem tylko z opowieści, niejako z drugiej synowskiej ręki, Maćka Malickiego z kilku wspólnych podróży. Kilkunastu wypalonych paczek papierosów. Oraz „Sagi ludu”, „Wszystko jest”, „Ostatniej”. Jeden przywiązany do drogi, drugi przykuty do wózka.

Vladimir Jankelevitch: „Śmierć w drugiej osobie /…/ przypomina moją śmierć, a jednak nie jest moją śmiercią, nie jest też bezosobową i anonimową śmiercią, którą interesuje się  demografia czy medycyna”. Otóż właśnie tę jedyną śmierć „przeżywam”, ale też każde takie wydarzenie zabiera ze sobą jakąś moją część. Bezpowrotnie. Jakaś część mnie samego umiera. Wydaje się również, że śmierć w trzeciej osobie, post fa(c)tum, może wpłynąć na nas dostatecznie silnie, uczynić z doświadczenia anonimowej, bezosobowej śmierci – wydarzenie osobiste. Wystawa Marka Rothki w Muzeum Narodowym ten uporczywy fakt mi uprzytomniła. „Carmen funebre” rozegrany w Katowicach na Bankowej – również. Oraz dwa następujące po sobie pogrzeby ludzi, bez których polska literatura byłaby znacznie uboższa. Mogłaby się bez nich obejść – nie ma niczego i nikogo niezastąpionego – ale jednak bez wątpliwości zyskała.

Być może właśnie rolą literatury jest połączenie tych faktów ze sobą. Pozornie odległych. Odprawianiem czarów jest nad grobami, ciemnym, niejasnym obrzędem. Nie chodzi wyłącznie o śmierć. Chodzi również o starość, upływ czasu, doświadczenie przemocy, izolację. Czuję jedynie rosnące przygnębienie, pulsowanie owego „czarnego słońca”, o którym pisała Julia Kristeva, rozrastające się, pożerające wszystko. Niczym Saturn. Czarny kwadrat Rothki, który pochłonął już wszystkie barwy i płaszczyzny i zaraz opuści również granice blejtramu. Bezpieczna linia, za którą rozgrywa się spektakl (czy to „Faust”, czy „Carmen funebre” czy „Pilnuj swoich spraw” Nuri Sotelo) już dawno została przekroczona, historia wdziera się do ludzkiej egzystencji tak samo, bez pardonu i litości, z katów robi ofiary, chociaż z reguły bywa na odwrót. Ciało jest nagie, chociaż nie bardziej nagie niż ciało tego, który nagość ogląda. W jednym z pierwszych tomów Reinera Kunze, który kongenialnie przełożył Jakub Ekier – wierszu „Hymn o przesłuchiwanej” – i proszę potraktować to jako kodę tego szicu, gest i głos w pół gestu i słowa zawieszony – czytamy:

Ciężki
Był moment
Rozbierania

Wystawiona
Na ich spojrzenia obnażyła
Wszystko

w nich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz