niedziela, 9 grudnia 2012

wyprowadzam się




Koncert Marii Peszek w Magaclubie. Z godzinnym opóźnieniem, w ścisku, w którym zrozumiałem w pełni pojęcie stadności. Peszek zaśpiewała koncertowo. Ba! Wyśpiewała siebie, należałoby rzec, do ostatka, do prawie bezgłosu. Bo utwory z najnowszej płyty są jak manifesty pojedynczości, niepodporządkowania, niczym małe wielkie rewolucje, które wysadzają system. Miałem w głowie Delacroix z jego La Liberté guidant le peuple, sztych z Robespierrem „gilotującym całą Francję”, Wróblewskiego „Rozstrzelanie”, bo też patetyczne wizje zawsze zaśmiecały mnie, a tutaj – odbywał się prywatny, intymny rozbrat z katolicyzmem, z Polską, rolami społecznymi, chociaż wykrzyczany po ciszy nocnej, tutaj następowało odcinanie pępowiny, czy może raczej wyjmowanie złącza światłowodu, który tkwi w potylicy – miejscu, w które zawsze wchodzi polityka i pozostawia mały otwór. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz