czwartek, 15 marca 2018

Ślonsko sztuka czyli czeski film


Ufoki porwali nie tylko Anielkę, ale i świętą na Śląsku klopsztangę, Ingmar Bergman „krotko robił na dole, potym łostoł kałowcem”. Wysyłam to w formie SMS-a do znajomej, żeby zachwalić literacki towar i otrzymuję odpowiedź „Brzmi świetnie. Podrzuć”. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy śląski jest w stanie stworzyć inny (głębszy) rodzaj humoru niż dyżurny dowcip o Masztalskich, powinien tę wątpliwość porzucić. W istocie, jak zauważył jeden z przedmówców „Gotyku w godce”, szóstej już publikacji Jednoaktówek po śląsku – śląskim opowieściom coraz bliżej do kina czeskiego. Jeszcze bywają uwikłane w bery i baśnie, w ludową religijność (co być może utrudniłoby zrealizowanie na tej podstawie współczesnego obrazu filmowego), ale przecież widać również „moment” otwarcia na współczesność. Widać, że etnolekt zaczyna radzić sobie z pojęciami, których jeszcze dekadę temu nie potrafił nazwać, że próbuje ogarnąć zmiany tożsamościowe i opisać nową, urbanistyczną przestrzeń. Jedno albo drugie. Albo jedno i drugie.

Humor i ironia (właśnie z gruntu, z proweniencji czeskie, przez łzy) nie dotyczą wyłącznie poszczególnych obrazów i scen, przenikają całe metafory, jak chociażby w tytułowej „Rodzinie Adamskich” Marcina Melona, która spokojnie sobie egzystuje na uboczu aglomeracji i w poprzek czasu (przynajmniej od kajzera Wilusia), nie straszne jej wojny, plebiscyty ani nowoczesne gadżety typu mobilniok ani zahabione glajzy, świat Adamskim wywraca się do góry nogami dopiero, kiedy do chałupy wkroczy współczesna polityczna nowomowa. Tak się dzieje również w „Piyrszej wieczerzy” Izoldy Czmok-Nowak, która czerpie swoje sceniczne paliwo ze zderzenia (czy też napięcia) między tradycyjnym a nowoczesnym, powagą i parodią, między mitem śląskiej gościnności a rezerwą (żeby nie powiedzieć: podejrzliwością) w stosunku do obcości; zwłaszcza, kiedy to obcość podwojona. Humor konstruuje „Świniobici” Grzegorza Sztolera, „Atlantów” Krystiana Gałuszki, „Erwina i Ponbóczka” Aleksandra Lubiny, „Jednoaktówkę cesty” Anny Wojtkowskiej Witali, czy „Trzidziestkę” Wojciecha Szwieca. Z każdej z tych jednoaktówek mógłby powstać nie tylko świetny spektakl teatralny ale i śląski film „nakręcony po czesku”. Nasza rodzima „Zahrada” (Martin Šulik), „Tajemnica zamku w Karpatach” (Oldřich Lipský), „Na złamanie karku“ (Jan Hřebejk).

To bodajże pierwsze taka edycja konkursowa, w której akcenty dramatyczne tak wyraźnie ustępują komediowości wygenerowanej przez ironię czy parodię, pierwsza edycja, która ujawnia w ogóle możliwości śląskiego etnolektu, nie tylko leksykalne ale przede wszystkim symboliczne. Oto jesteśmy świadkami powstawania nowego imaginarium, coraz mniej klaustrofobicznego, coraz bardziej synkretycznego. Nic dziwnego, w końcu imaginarium nie rodzi się obok własnej przestrzeni kulturowej, ale z niej czerpie. Śląsk zawsze był kulturowym tyglem; dzisiaj jest nim bardziej niż kiedykolwiek, chociaż mogłoby się wydawać, że akurat rdzenna śląskość (w postaci rdzennych Ślązaków i ich opowieści oraz ewokowana przez jej badaczy i entuzjastów) jest wycofana i czeka już tylko na własny pochówek.

„Gotyk w godce” ujawnia jeszcze przynamniej dwa zjawiska. Jedno, całkiem obiektywne (z perspektywy teatralnej) i bardzo osobiste, żeby nie powiedzieć intymne. Po pierwsze, widać bardzo wyraźnie, jak wzrasta świadomość sceniczna autorów jednoaktówek. Nie tylko autorów już uznanych i na stałe zameldowanych w projekcie (Gałuszka, Sztoler, Melon), ale i debiutantów. Dla mnie absolutnym majstersztykiem (jeśli chodzi o strukturę, wartość sceniczną, zaprojektowaną choreografię) jest „Cołki ten świot” Macieja Dziaczko, wielowymiarowe, pełnokrwiste dzieło tęsknie zapatrzone w awangardę spod znaku Cricot 2. Ale również „Łosprowki spod stoła” Bożeny Donnerstag, chyba najkrótsza jednoaktówka w zbiorze, w zasadzie bliższa monologowi niż klasycznej sztuce teatralnej. Oba utwory traktują o procesie odzyskiwania pamięci, pierwsza używa do tego całej teatralnej maszynerii z rekwizytami, podwójnymi rolami, muzyką i wizualizacjami, druga czerpię siłę z kameralnej scenerii i opowieści z transgresją w tle.

Aspekt osobisty, intymny dotyczy mojego zmagania z językiem, z historią języka. Z wyobrażeniami, które uruchamia we mnie, a w zasadzie – które od pewnego czasu przestaje uruchamiać. I jest to niewątpliwa zasługa całego tego projektu. Oto śląski raz na zawsze opuszcza szynki i młyny na stadionach, cugi z kibolami, opuszcza nawet ciemne chodniki, czasem biegnące równolegle do naszych jasnych chodników i ulic. Przestaje być gardłowym echem podziemi. Bywa, że jest wręcz lekki jak odpustowy balon napełniony helem. Na helu niemal wszyscy się śmieją.